vid by StrawberryFairyShoes
wtorek, 21 czerwca 2011
Lato, lato, lato wszędzie, a tu bęc!
Coś mi się w środku w człowieku popsuło i muszę się do warsztatu mechanicznego dla homo sapiens udać. Wrócę, gdy mnie naprawią. Do tego czasu bądźcie grzeczni, korzystajcie z uroków lata, w chwilach wolnych czytajcie sobie starsze wpisy. I trzymajcie za mnie kciuki.
vid by StrawberryFairyShoes
vid by StrawberryFairyShoes
poniedziałek, 20 czerwca 2011
piątek, 17 czerwca 2011
Taka gmina na prerii krańcach
O tym, że "co za dużo, to niezdrowo" oraz, że za mało też niedobrze przekonują autorzy tekstów kabaretu "Dudek", dziś na gościnnych występach w "Kąciku poetyckim".
czwartek, 16 czerwca 2011
Ad vocem
Uważni Czytelnicy bloga mego mogą pamiętać list niejakiego Zdzicha Kowalskiego skierowany do gazowni, a będący odpowiedzią na ponaglenie do zapłaty przez powyższą firmę doń wystosowane (info dla zapominalskich- wpis z 5.04.2011).
Trochę to trwało, ale w końcu gazownia raczyła p. Kowalskiemu odpowiedzieć tymi słowy:
Szanowny Panie,
informujemy, iż w przypadku braku wpłaty w terminie 14 dni od daty niniejszego pisma, kartka z Pana nazwiskiem zostanie wrzucona do komory maszyny losującej, a następnie wylosowana.
Pakiet nagród w konkursie to:
1. Przerwanie dostaw gazu
2. Przerwanie dostaw renty
3. Wycieczka do najbliższego Sądu Rejonowego
4. Wizyta domowa pracowników działu windykacji
5. Wizyta komornika
Zapraszamy do wzięcia udziału w loterii......

a nawet

Trochę to trwało, ale w końcu gazownia raczyła p. Kowalskiemu odpowiedzieć tymi słowy:
Szanowny Panie,
informujemy, iż w przypadku braku wpłaty w terminie 14 dni od daty niniejszego pisma, kartka z Pana nazwiskiem zostanie wrzucona do komory maszyny losującej, a następnie wylosowana.
Pakiet nagród w konkursie to:
1. Przerwanie dostaw gazu
2. Przerwanie dostaw renty
3. Wycieczka do najbliższego Sądu Rejonowego
4. Wizyta domowa pracowników działu windykacji
5. Wizyta komornika
Zapraszamy do wzięcia udziału w loterii......
środa, 15 czerwca 2011
74. Tyrolki i karabinki, czyli po co stara baba wlazła na słup? (2)
Po zdaniu egzaminu praktycznego, przyszło mi wdrapać się na kolejny słup (ten ‘prawdziwy’ wydawał się wyższy od ‘ćwiczebnego’). Jakoś dałam radę, a wtedy oczom mem zadziwionem ukazała się widoczek następujący: przede mną rozciągały się dwie stalowe liny, jedna pod drugą. Miedzy nimi zainstalowano kilka sznurków (tworzyły kształt litery „V”), jak mniemam w celu ułatwienia mi przejścia z punktu, w którym byłam do następnego podestu. Podejrzewam, że projektant tego toru przeszkód nadziemnych nie dysponował zbyt zasobnym budżetem, więc ‘sznurki wspomagające’ (tak je sobie nazwalam) porozmieszczał z rzadka i nienachalnie. Jak na moją rozpiętość ramion- bardzo z rzadka! Na początku jakoś szło, ale z każdym krokiem było trudniej i ciężej. Gdzieś w połowie dystansu doszłam do ‘punktu zero’- do następnego sznurka sięgnąć nijak nie mogłam. Wtedy, z niewyjaśnionych przyczyn, przypomniały mi się dobre rady egzaminatora, żeby lepiej w dół nie patrzeć. Mój niesforny wzrok natychmiast powędrował w dół…….. „ Matkie boskie, jak tu wysoko!”- zadrżałam. Odległość miedzy mną a ściółką leśną zdawała się nie mieć końca. Co gorsza, wyobraźnia zaczęła płatać mi figle- nagle zdało mi się, że na dnie tego przepastnego kanionu, nad którym stałam, kłębiły się hektolitry wzburzonej wody, pędzącej bezwzględnie i nieustannie diabli wiedzą gdzie. Jeszcze mocniej schwyciłam linę i przeniosłam wzrok na konary drzew.
W tym momencie, z mojej lewej strony dobiegł mnie ludzki głos. Okazało się, że na słup, który wcześniej zdobyłam, wdrapuje się inny poszukiwacz mocnych wrażeń. Osobnik ten miał- no oko- jakieś 12 lat i był zdalnie sterowany z dołu przez swojego tatę- mężczyznę dość żylastego, o sprężystym kroku, który zdawał się wiedzieć, co w takiej sytuacji robić. Postanowiłam, że nie dam się pokonać małolatowi, ale- na wszelki wypadek- rady do syna skierowane wezmę sobie do serca i w czyn wcielę. Postępowałam tak, jak ’żylasty’ doradzał ‘małoletniemu’. O dziwo- działało, jak złoto- w trymiga dobrnęłam do następnej platformy, za którą czekała na mnie ‘sieć pajęcza’. Zatarabaniłam się po niej do kolejnego podestu. A tam znowu piekło: jakieś belki pozawieszane na sznurkach odległych od siebie zupełnie nie blisko. Pomysłu, jak je przejść nie miałam, więc pozwoliłam, żeby małolat mnie dogonił, licząc na bezcenne rady jego taty. Nie pomyliłam się- tato nie zawiódł i tym razem.
Po belkach przyszedł czas na egzamin praktyczny z tyrolki. Aby dostać się na następny podest, należało zjechać do niego na linie. Jak mnie uczono, przypięłam tyrolkę do liny głównej, wychyliłam tułów do przodu i….. zostałam w pozycji „Małysz wychodzący z progu” (czyli klatka z piersiami do przodu, obręcz biodrowa do góry, reszta ciała rozciągnięta wzdłuż). „Co jest?”- pomyślałam sobie. Jak to, co? Moi koledzy karabinki zostali na linie asekuracyjnej (zapomniałam ich przepiąć na główną). Niemałym wysiłkiem wciągnęłam się na podest, poprawiłam sprzęt i fiiiuuuu, poszybowałam do następnego pomostu. W głowie zaczęła mi świtać myśl, że tytułu ‘Miss Gracja Parku Linowego’ to ja raczej nie zdobędę.
Po krótkim, acz donośnym ‘plask’ wdrapałam się na kolejny pomost. Wtedy nade mną coś przelazło. Patrzę w górę, a tam Wkurzak na trasie wysokiej, po jakichś kładkach czy innych diabłach zasuwa bez wysiłku. Szkoda, że Darwin tego nie dożył- miałby brakujące ogniwo swojej teorii jak na dłoni! Orangutany wszystkich krajów bójcie się!
Spojrzałam na zegarek- rekordu przejścia trasy też raczej nie ustanowię- dyndałam już na tych linach od 25 minut, a ta okropna uprzęż coraz bardziej wpijała mi się tu i tam. Ale szłam dzielnie- przez jakieś wyszczerbione mostki
( następny niechybny znak okrojonego budżetu), rozbujane kładki, czy cokolwiek to było, aż dotarłam do ustrojstwa, które wyglądało jak narciarski wyciąg talerzowy, tylko mniejsze. Załadowałam się na wzmiankowany talerz. Dokuczliwe to było przeżycie, gdyż mocowanie talerza wpijało mi się tam, gdzie od dłuższego już czasu uprząż mi się wżynała. Ale za to krótkie, więc przeżyłam jakoś.
Jeszcze parę przeszkód, których nazwać nie umiem, a opisać niepodobna i znów stałam na matce Ziemi. Przepełniało mnie uczucie sukcesu i drżenie ponaciąganych niefizjologicznym wysiłkiem mięśni. W chwilę później zameldował się koło mnie zaróżowiony wysiłkiem Wkurzak. Stwierdził, że fajnie było, ale poczeka aż dobudują trasę ekstremalną, to się na nią razem wybierzemy. Wkurzak, jak zwykle, się myli.
W tym momencie, z mojej lewej strony dobiegł mnie ludzki głos. Okazało się, że na słup, który wcześniej zdobyłam, wdrapuje się inny poszukiwacz mocnych wrażeń. Osobnik ten miał- no oko- jakieś 12 lat i był zdalnie sterowany z dołu przez swojego tatę- mężczyznę dość żylastego, o sprężystym kroku, który zdawał się wiedzieć, co w takiej sytuacji robić. Postanowiłam, że nie dam się pokonać małolatowi, ale- na wszelki wypadek- rady do syna skierowane wezmę sobie do serca i w czyn wcielę. Postępowałam tak, jak ’żylasty’ doradzał ‘małoletniemu’. O dziwo- działało, jak złoto- w trymiga dobrnęłam do następnej platformy, za którą czekała na mnie ‘sieć pajęcza’. Zatarabaniłam się po niej do kolejnego podestu. A tam znowu piekło: jakieś belki pozawieszane na sznurkach odległych od siebie zupełnie nie blisko. Pomysłu, jak je przejść nie miałam, więc pozwoliłam, żeby małolat mnie dogonił, licząc na bezcenne rady jego taty. Nie pomyliłam się- tato nie zawiódł i tym razem.
Po belkach przyszedł czas na egzamin praktyczny z tyrolki. Aby dostać się na następny podest, należało zjechać do niego na linie. Jak mnie uczono, przypięłam tyrolkę do liny głównej, wychyliłam tułów do przodu i….. zostałam w pozycji „Małysz wychodzący z progu” (czyli klatka z piersiami do przodu, obręcz biodrowa do góry, reszta ciała rozciągnięta wzdłuż). „Co jest?”- pomyślałam sobie. Jak to, co? Moi koledzy karabinki zostali na linie asekuracyjnej (zapomniałam ich przepiąć na główną). Niemałym wysiłkiem wciągnęłam się na podest, poprawiłam sprzęt i fiiiuuuu, poszybowałam do następnego pomostu. W głowie zaczęła mi świtać myśl, że tytułu ‘Miss Gracja Parku Linowego’ to ja raczej nie zdobędę.
Po krótkim, acz donośnym ‘plask’ wdrapałam się na kolejny pomost. Wtedy nade mną coś przelazło. Patrzę w górę, a tam Wkurzak na trasie wysokiej, po jakichś kładkach czy innych diabłach zasuwa bez wysiłku. Szkoda, że Darwin tego nie dożył- miałby brakujące ogniwo swojej teorii jak na dłoni! Orangutany wszystkich krajów bójcie się!
Spojrzałam na zegarek- rekordu przejścia trasy też raczej nie ustanowię- dyndałam już na tych linach od 25 minut, a ta okropna uprzęż coraz bardziej wpijała mi się tu i tam. Ale szłam dzielnie- przez jakieś wyszczerbione mostki
( następny niechybny znak okrojonego budżetu), rozbujane kładki, czy cokolwiek to było, aż dotarłam do ustrojstwa, które wyglądało jak narciarski wyciąg talerzowy, tylko mniejsze. Załadowałam się na wzmiankowany talerz. Dokuczliwe to było przeżycie, gdyż mocowanie talerza wpijało mi się tam, gdzie od dłuższego już czasu uprząż mi się wżynała. Ale za to krótkie, więc przeżyłam jakoś.
Jeszcze parę przeszkód, których nazwać nie umiem, a opisać niepodobna i znów stałam na matce Ziemi. Przepełniało mnie uczucie sukcesu i drżenie ponaciąganych niefizjologicznym wysiłkiem mięśni. W chwilę później zameldował się koło mnie zaróżowiony wysiłkiem Wkurzak. Stwierdził, że fajnie było, ale poczeka aż dobudują trasę ekstremalną, to się na nią razem wybierzemy. Wkurzak, jak zwykle, się myli.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
73. Tyrolki i karabinki, czyli po co stara baba wlazła na słup? (1)
Bo ją diabeł podkusił! To musiała być ingerencja sił nieczystych, żeby dorosłej kobiecie tak we łbie zamotać! Przecież jestem osobą wyważoną, poukładaną, racjonalną……… Wkurzak, przestań chichotać, bo Cię tak zakarabinkuję i przetyrolczę, że ruski rok popamiętasz! *rzuca groźne spojrzenie w kierunku osobnika wyżej wymienionego*
Wracając do meritum: w mieście mym znajduje się park linowy. Istnieje już od dłuższego czasu i do tej pory uwagi mej specjalnie nie zwracał, choć o istnieniu jego kiedyś tam słyszałam. Wczoraj zdarzyło mi się doświadczyć jego uroków.
Jak i dlaczego się tam znalazłam- o to w tej chwili mniejsza, ważne, że się znalazłam. Patrzyłam się z lubością z dołu na nieszczęśników, którzy telepali się mniej lub bardziej władnie (zwykle mniej) próbując przejść po niestabilnym podłożu z jednego zainstalowanego na drzewie podestu na drugi. Zabawę miałam przednią! I wtedy jakichś złośliwy chochlik ( a może to Wkurzak był?) podszepnął mi myśl tyleż absurdalną, co i kuszącą: „A może by tak spróbować?” „Nie, bzdura”- odparowałam w myśli- „Wierzę na słowo, że człek od małpy pochodzi, nie muszę tego sprawdzać doświadczalnie hulając między drzewami jak jakiś niedorobiony szympans 10 metrów nad ziemią!” Ale ziarnko natrętniej ciekawości typu „ciekawe, czy bym dała radę” zostało zasiane….
Kilka minut później stałam już przy ‘kasie’. Najpierw podpisałam oświadczenie, że Bóg mi rozum odebrał i sama się zgłosiłam do tego karkołomnego przedsięwzięcia, a w związku z powyższym jednoosobowo ponoszę odpowiedzialność za swoją decyzję i, jeśli żywota dyndając na którymś z drzew dokonam, to sama się o to napraszałam. Uiściłam również sumę pieniędzy, którą właściciel parku uznał za stosowną rekompensatę w zamian za umożliwienie mi zaznania uroków trasy średniej (na szczęście, miałam na tyle rozumu, by nie pokusić się od razu na pojedynek z trasą wysoką). Po dokonaniu formalności zostały nałożone mi uprząż oraz kask. Ta cała uprząż, to do bani jest- ani to estetyczne, ani wygodne. Wżyna się niemiłosiernie tam, gdzie czasami wżynają się stringi, ale z wielokrotnie większą siłą. Próbowałam zakomunikować ten fakt uroczemu młodemu człowiekowi, który rzeczone chomąto na mnie instalował, ale był nieugięty i stwierdził, że „musi dobrze przylegać, żeby zadziałać”. O walorach estetycznych kasku (a właściwie ich braku) przez miłosierdzie dla czytającego nie wspomnę.
Tak odzianą, skierowano mnie na obowiązkowe przeszkolenie, na którym dowiedziałam się, co to karabinek, co to tyrolka, i do czego służą. (Dygresja dla równie niewtajemniczonych jak ja kilkadziesiąt godzin temu. Tyrolka wygląda tak:
i służy do zjeżdżania po linie; karabinek wygląda tak:
i służy do przyczepienia się do już istniejącej liny w celu uniknięcia jakże nieestetycznej śmierci przez upadek skutkujący rozmaśleniem.)
Po kursie teoretycznym, instruktor kazał mi się wdrapać na słup ćwiczebny, a gdy już tam wlazłam, zjechać na dół po linie przy użyciu tyrolki. Ponieważ udało mi się powyższego dokonać bez uszczerbku na zdrowiu fizycznym, uznano, że umiem wystarczająco dużo, by pokonać trasę średnią i przeżyć, aby Wam tę historię do końca opowiedzieć.
Wracając do meritum: w mieście mym znajduje się park linowy. Istnieje już od dłuższego czasu i do tej pory uwagi mej specjalnie nie zwracał, choć o istnieniu jego kiedyś tam słyszałam. Wczoraj zdarzyło mi się doświadczyć jego uroków.
Jak i dlaczego się tam znalazłam- o to w tej chwili mniejsza, ważne, że się znalazłam. Patrzyłam się z lubością z dołu na nieszczęśników, którzy telepali się mniej lub bardziej władnie (zwykle mniej) próbując przejść po niestabilnym podłożu z jednego zainstalowanego na drzewie podestu na drugi. Zabawę miałam przednią! I wtedy jakichś złośliwy chochlik ( a może to Wkurzak był?) podszepnął mi myśl tyleż absurdalną, co i kuszącą: „A może by tak spróbować?” „Nie, bzdura”- odparowałam w myśli- „Wierzę na słowo, że człek od małpy pochodzi, nie muszę tego sprawdzać doświadczalnie hulając między drzewami jak jakiś niedorobiony szympans 10 metrów nad ziemią!” Ale ziarnko natrętniej ciekawości typu „ciekawe, czy bym dała radę” zostało zasiane….
Kilka minut później stałam już przy ‘kasie’. Najpierw podpisałam oświadczenie, że Bóg mi rozum odebrał i sama się zgłosiłam do tego karkołomnego przedsięwzięcia, a w związku z powyższym jednoosobowo ponoszę odpowiedzialność za swoją decyzję i, jeśli żywota dyndając na którymś z drzew dokonam, to sama się o to napraszałam. Uiściłam również sumę pieniędzy, którą właściciel parku uznał za stosowną rekompensatę w zamian za umożliwienie mi zaznania uroków trasy średniej (na szczęście, miałam na tyle rozumu, by nie pokusić się od razu na pojedynek z trasą wysoką). Po dokonaniu formalności zostały nałożone mi uprząż oraz kask. Ta cała uprząż, to do bani jest- ani to estetyczne, ani wygodne. Wżyna się niemiłosiernie tam, gdzie czasami wżynają się stringi, ale z wielokrotnie większą siłą. Próbowałam zakomunikować ten fakt uroczemu młodemu człowiekowi, który rzeczone chomąto na mnie instalował, ale był nieugięty i stwierdził, że „musi dobrze przylegać, żeby zadziałać”. O walorach estetycznych kasku (a właściwie ich braku) przez miłosierdzie dla czytającego nie wspomnę.
Tak odzianą, skierowano mnie na obowiązkowe przeszkolenie, na którym dowiedziałam się, co to karabinek, co to tyrolka, i do czego służą. (Dygresja dla równie niewtajemniczonych jak ja kilkadziesiąt godzin temu. Tyrolka wygląda tak:
i służy do zjeżdżania po linie; karabinek wygląda tak:
i służy do przyczepienia się do już istniejącej liny w celu uniknięcia jakże nieestetycznej śmierci przez upadek skutkujący rozmaśleniem.)
Po kursie teoretycznym, instruktor kazał mi się wdrapać na słup ćwiczebny, a gdy już tam wlazłam, zjechać na dół po linie przy użyciu tyrolki. Ponieważ udało mi się powyższego dokonać bez uszczerbku na zdrowiu fizycznym, uznano, że umiem wystarczająco dużo, by pokonać trasę średnią i przeżyć, aby Wam tę historię do końca opowiedzieć.
piątek, 10 czerwca 2011
"Piwnica" w "Kąciku"
- Coś mi się wydaje, że spadamy trochę inaczej - powiedział dowódca.
- Tak jest! - rzucił szeregowy i spadał dalej głową w dół.
- Możecie mi szerzej odpowiadać - powiedział dowódca. - Sytuacja jest wyjątkowa.
- Tak jest! - rzucił szeregowy. Możliwe, że zapomnieliśmy spadochronów.
Przez chwilę spadali okręcając się wzdłuż własnej osi.
- No właśnie. Tak też sobie pomyślałem - powiedział dowódca.
- To jak będziemy lądować?
- W każdym razie szybko. Chodzi tylko o to, żeby się piasek do broni nie dostał.
- Możemy ją trzymać nad głową?
- Nad głową, nie nad głową, ale trzeba uważać żeby się lufą do ziemi nie wbiła.
- A może by tak jeszcze na dole wybuchnąć?
- To niebezpieczne. Zanim byśmy się pozbierali, mogli by nas złapać. A tu trzeba skoczyć i od razu w nogi. Jeszcze nas Japończycy zauważą, i od razu zaczną tak skakać.
Przez chwilę spadali myśląc.
- Przed samą ziemią postarajcie się zwolnić - powiedział dowódca. - Jako starszy stopniem powinienem spaść pierwszy. Tylko żeby nie w jakieś siano. Domyć się potem nie można.
- Melduję, że mamy teraz zimę.
- A nuż chłopi nie zdążyli zwieźć.
- Jeśli mnie oczy nie mylą to spadamy wprost na kościół.
- Niedobrze - powiedział dowódca. - W instrukcji o kościele nie ma ani słowa.
- Trzeba więcej czytać - powiedział szeregowy.
- Żeby to tylko nie był gotyk - zmartwiał dowódca.
- Z tej wysokości to mi trudno powiedzieć. Napis jest zatarty. W każdym razie z mapą to by się zgadzało.
- Kiedy ci od map w porządku nie są. Dla nich każdy dom to prostokącik. Skaczesz, a tu przybudówka.
- Jeśli to jednak jest kościół, to warto teraz przyklęknąć.
- A może by tak od razu spaść na klęcząco?
- Kiedy łatwo o kontuzję.
- Uwaga! - krzyknął po chwili szeregowy. - Zbliżamy się. Dziwne że do nas nie strzelają.
- Rzeczywiście - powiedział dowódca. - Widocznie chcą nas wziąć żywcem.
- To może się wrócić?
- Za późno! - krzyknął dowódca. Ale nas żywcem nie wezmą - dodał i przystawiwszy rewolwer do skroni pociągnął za spust.
Andrzej Warchał
Kraków, 1965
Wierszowane perełki autorów krakowskiej "Piwnicy Pod Baranami" dyskretnie schowane, ale tylko o klik stąd.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







