Moja wiedza na temat sposobu działania samochodu jest tak głęboka, że po prostu sięga dna. W praktyce oznacza to, iż jedynie wodorosty wiedzą o samochodach i zasadach, na jakich one działają mniej ode mnie. A że taka wiedza jest niezbędna do przetrwania na miejskiej jezdni wie każdy, komu samochód odmówił posłuszeństwa na środku skrzyżowania w godzinach szczytu. Jeżeli się maszyny nie da szybko uruchomić, można się z życiem pożegnać i na lewarkach być rozniesionym.
Jak każda maszyna złożona, automobil ma cechę wrodzoną (lub wmontowaną), którą u ludzi zwykło się nazywać złośliwością. O ile gatunek homo sapiens bywa złośliwy ‘po coś’- aby kogoś obrazić, ośmieszyć lub ukarać, o tyle samochody są złośliwe ‘po nic’- napadowo i bez sensu odmawiają dalszej jazdy i już. Bez ostrzeżenia, bez przemyślenia skutków tak nieodpowiedzialnej decyzji.
Ot, stanie toto na środku jezdni i stoi niewzruszone na prośby, groźby i łzy. Samo może nawet nie wiedzieć, po co stanęło.
Mój pierwszy wehikuł (otrzymany niedługo po osiemnastych urodzinach) był rodowodowym ‘Maluchem’, nieco tylko młodszym ode mnie. Samochód ekonomiczny (mało jadał- w porównaniu z cudem naszej motoryzacji nazwanym na cześć patriotycznego dzieła Ogińskiego był na nieustającej diecie niskokalorycznej), wszędzie się mieścił (jak nie dało się do miejsca parkingowego podjechać, zawsze można go było ręcznie dopchnąć) i posiadał konstrukcję tak prostą, że trudno uwierzyć, aby mógł się zepsuć. Przecież było to równie prawdopodobne jak to, że cep się zatnie. A jednak.
Egzemplarz, którym mnie obdarowano wyróżniał się nie tylko intensywnością koloru karoserii ( czerwień kwiatu maku, widoczna z dalekiego daleka), ale również wrodzoną (czy wmontowaną) niechęcią do przejeżdżania przez skrzyżowania. Im ruchliwsze skrzyżowanie, tym większa niechęć. Może jakąś fobię związaną z tłumem miał, w każdym razie, gdy tylko na horyzoncie pojawiało się duże skrzyżowanie ulic ( o co w mieście nietrudno), w mojej ryczącej maszynie rodził się bunt, strach, czy czort wie, co jeszcze. Widok aut stojących na sąsiednich pasach i czekających na swoją kolei, by ruszyć, budził w moim pojeździe niesmak i chęć wyrwania się z tej gonitwy szczurów. Najprostszym sposobem osiągnięcia celu było puszczenie zniecierpliwionych maszyn przodem- a niech gnają na złamanie zderzaka, ich wybór. Tak też mój wehikuł czynił- gdy wszystkie maszyny obok nas aż rwały się do jazdy, pochrząkując niecierpliwie w oczekiwaniu na zielone światło, on się wyciszał i gasł. Następnie ze stoickim spokojem obserwował niebieskoszarą mgiełkę wydobywającą się z rur wydechowych odjeżdżających aut, wdychał ostrą woń ich spalin i uszczęśliwiony kontemplował pojęcie wolności.
Niestety, nie wszyscy użytkownicy drogi rozumieli jego potrzeby. Zwykle nanosekundę po zmianie świateł rozlegał się ogłuszający ryk klaksonów- kierowcy aut stojących na pasie za mną próbowali w ten sposób zmotywować mojego ‘tygrysa szos’ do wyrwania do przodu, wplecenia się w sznur maszyn mknących radośnie przed siebie, aż do chwili, gdy zatrzyma je kolejne czerwone światło. Ale wszystko to na nic- mój (bardzo) daleki krewniak Ferrari i Lamborghini już odpłynął do sobie tylko przynależnego wszechświata i żadne klaksony nie miały do niego dostępu. Jednakowoż do mnie miały. Ale o tem potem.
niedziela, 13 marca 2011
piątek, 11 marca 2011
Rzecz o zdrowej żywności
smrodkiem dydaktycznym).
Na deser rozważania nad niespełnioną karierą wokalną ogórka.
Smakoszy zapraszam do klikania.
wtorek, 8 marca 2011
55. Exclusive & All inclusive
„Dzień Kobiet, Dzień Kobiet,
Niech każdy się dowie,
Że dzisiaj jest święto dziewczynek…”
Taki niebanalny wierszyk łazi mi po głowie zawsze, gdy kartka na marcowym kalendarzu zbliża się do dnia ósmego. (O jakie ‘dziewczynki’ autorowi chodziło dociekać nie zamierzam- przyjmuję, że szło o wszystkie przedstawicielki płci pięknej, bez żadnych podtekstów i gry półsłówek.) Mimo, że jest to chyba najbardziej obśmiane ‘święto’, domagam się, aby w moim domu było obchodzone.
I wcale mnie nie zniechęca fakt, że w ‘dobrym tonie’ jest je ignorować jako uosobienie fałszu, hipokryzji oraz wszelkich innych form zakłamania w stosunkach męsko-damskich. Że to wszystko na pokaz, jednorazowo i w kontekście wymuszonym; że szczerość uczuć podejrzana, a chęci do świętowania też można kwestionować. Powyższe zastrzeżenia ma tam, gdzie zakatarzony Wkurzak ma gila i celebrować zamierzam. Całodziennie i z oddaniem.
Dzień Kobiet to święto wyjątkowe, bo całokształt przygotowania jego obchodów przerzucony jest na męskie (Wkurzakowe) barki. Przedstawicielka płci niebrzydkiej ma być i właściwie na tym może poprzestać. Głównym jej zajęciem tego dnia jest przyjmowanie zasłużonych hołdów od przedstawiciela (lub przedstawicieli) płci pięknej inaczej.
Tak więc, będę chętnie zbierać miłe słówka, laurki i kwiatki. Łatwo dam się namówić na wypad do restauracji, aby przy pięknie zastawionym stole kosztować smakowite jedzenie podlane dopełniającym smak potraw winem. Przez cały dzień nie skrytykuję doboru tekstyliów przez Wkurzaka dokonanych. Będę uśmiechnięta, zadowolona, docenię wszystkie wysiłki. Nawet jak coś się nie uda, przymknę oko, nie zauważę, przemilczę. Będę uosobieniem zadowolenia.
Mylicie się, jeśli myślicie, że moje reakcje będą nieszczere i wymuszone. Wcale nie! Bycie rozpieszczanymi ma zbawienny wpływ na niedoskonałości naszego charakteru: marudni nie ględzą, niecierpliwi nie liczą upływającego czasu, czepialscy tracą przyczepność. Po prostu nie da się nie kochać osoby, która stara się być tylko z nami i dla nas, na wyłączność.
‘Pakiet exclusive & all inclusive’ nie zdarza się co dzień i właśnie dlatego należy wyciągnąć z niego wszystko, co się da. Niech uciechy podniebienia połączą się w harmonijną całość z ulepszeniem ducha, schowaniem do kieszeni naszych niedoskonałości i nakryciem ich grubą warstwą wspomnień chwil, gdy nad nimi panowaliśmy. Istnieje szansa, że szybko się spod tego przykrycia nie wygrzebią. Taki prezent mam dla Wkurzaka przygotowany na Dzień Kobiet. Ach ten Wkurzak- ma szczęście, że taką mnie sobie wymyślił. Ach, mam szczęście, że takiego go sobie wymyśliłam.
Niech każdy się dowie,
Że dzisiaj jest święto dziewczynek…”
Taki niebanalny wierszyk łazi mi po głowie zawsze, gdy kartka na marcowym kalendarzu zbliża się do dnia ósmego. (O jakie ‘dziewczynki’ autorowi chodziło dociekać nie zamierzam- przyjmuję, że szło o wszystkie przedstawicielki płci pięknej, bez żadnych podtekstów i gry półsłówek.) Mimo, że jest to chyba najbardziej obśmiane ‘święto’, domagam się, aby w moim domu było obchodzone.
I wcale mnie nie zniechęca fakt, że w ‘dobrym tonie’ jest je ignorować jako uosobienie fałszu, hipokryzji oraz wszelkich innych form zakłamania w stosunkach męsko-damskich. Że to wszystko na pokaz, jednorazowo i w kontekście wymuszonym; że szczerość uczuć podejrzana, a chęci do świętowania też można kwestionować. Powyższe zastrzeżenia ma tam, gdzie zakatarzony Wkurzak ma gila i celebrować zamierzam. Całodziennie i z oddaniem.
Dzień Kobiet to święto wyjątkowe, bo całokształt przygotowania jego obchodów przerzucony jest na męskie (Wkurzakowe) barki. Przedstawicielka płci niebrzydkiej ma być i właściwie na tym może poprzestać. Głównym jej zajęciem tego dnia jest przyjmowanie zasłużonych hołdów od przedstawiciela (lub przedstawicieli) płci pięknej inaczej.
Tak więc, będę chętnie zbierać miłe słówka, laurki i kwiatki. Łatwo dam się namówić na wypad do restauracji, aby przy pięknie zastawionym stole kosztować smakowite jedzenie podlane dopełniającym smak potraw winem. Przez cały dzień nie skrytykuję doboru tekstyliów przez Wkurzaka dokonanych. Będę uśmiechnięta, zadowolona, docenię wszystkie wysiłki. Nawet jak coś się nie uda, przymknę oko, nie zauważę, przemilczę. Będę uosobieniem zadowolenia.
Mylicie się, jeśli myślicie, że moje reakcje będą nieszczere i wymuszone. Wcale nie! Bycie rozpieszczanymi ma zbawienny wpływ na niedoskonałości naszego charakteru: marudni nie ględzą, niecierpliwi nie liczą upływającego czasu, czepialscy tracą przyczepność. Po prostu nie da się nie kochać osoby, która stara się być tylko z nami i dla nas, na wyłączność.
‘Pakiet exclusive & all inclusive’ nie zdarza się co dzień i właśnie dlatego należy wyciągnąć z niego wszystko, co się da. Niech uciechy podniebienia połączą się w harmonijną całość z ulepszeniem ducha, schowaniem do kieszeni naszych niedoskonałości i nakryciem ich grubą warstwą wspomnień chwil, gdy nad nimi panowaliśmy. Istnieje szansa, że szybko się spod tego przykrycia nie wygrzebią. Taki prezent mam dla Wkurzaka przygotowany na Dzień Kobiet. Ach ten Wkurzak- ma szczęście, że taką mnie sobie wymyślił. Ach, mam szczęście, że takiego go sobie wymyśliłam.
niedziela, 6 marca 2011
W necie znalezione
Jeśli siedzisz w samolocie, a obok ciebie siedzi wkurzający i upierdliwy nie do wytrzymania pasażer (najlepiej jak jest to Amerykanin), to:
1. Cicho i spokojnie wyciągnij laptopa.
2. Włącz laptopa.
3. Upewnij się, że sąsiad siedzący obok widzi ekran monitora.
4. Zamknij oczy, skieruj twarz w stronę sufitu.
5. Kliknij ten link: START
źródło
Bon voyage!
2. Włącz laptopa.
3. Upewnij się, że sąsiad siedzący obok widzi ekran monitora.
4. Zamknij oczy, skieruj twarz w stronę sufitu.
5. Kliknij ten link: START
źródło
piątek, 4 marca 2011
Pamiętajcie
Dziś rzecz o gatunku 'de domo homo', którego reprezentantami są- między innymi-
'frajery wbite w gajery'.
Pamiętajcie o ogrodach. I Jonaszu Kofcie też.
(Wiecie, gdzie klikać.)
środa, 2 marca 2011
54. Krótki kurs poprawnego celebrowania święta roboczego ‘Tłustym Czwartkiem’ zwanego
Oboje z Wkurzakiem jesteśmy łasuchami na co dzień i od święta. A jak jeszcze święto wypadnie ‘na co dzień’, mamy pełnię szczęścia wypisaną na twarzach oblepionych lukrem i przyprószonych cukrem pudrem. Niestety, jak wszystko, co niezwykłe, takie ‘robocze’ święto zdarza się jedynie raz w roku i nazywa się Tłusty Czwartek. ( Z uszanowania dla dobrodziejstw, jakie niesie, zamierzam pisać je wielką literą, bimbając na ortografię i oburzenie purystów językowych, którzy mogą mi na pączka, tudzież faworka, skoczyć.)
Tłusty Czwartek to jednodniowe pozwolenie ( z samej góry płynące) na obżarstwo, zasłodzenie się do stanu utraty zdrowego rozsądku (jeśli się taki uprzednio miało) oraz niebezpiecznego zbliżenia się go granicy pączkowo- faworkowego ześwinienia ( z całym, zasłużonym szacunkiem dla świnek). Słowem- łasuchowy raj na ziemi.
Ponieważ jest to dzień ważny i specjalny, należy się do niego szczególnie starannie przygotować. Przede wszystkim, zadbać o wiktuały. Czyli pączki i faworki (w porywach dopuszczalna jest obecność na stole racuchów, ale jako dodatek, nie danie główne). I nie wystarczą tutaj ‘jakieś’ paczki i ‘jakieś’ faworki- w obu przypadkach muszą być spełnione najwyższe normy konsumpcyjne. W przypadku pączków oznacza to bycie obficie napchanym konfiturą z róży; w przypadku faworków – bycie ‘chudziakiem’, czyli istotą łamliwą i chrupiącą, lekko oprószoną cukrem pudrem. Jednych i drugich musi być dużo- by spełnić warunki opisane w poprzednim akapicie.
Gdy powyższe kryteria zostaną skrzętnie wypełnione, można do świętowania przystąpić. Świętowanie jest wizualnie nieszczególnie przyjemne dla oglądającego- siedzą ludkowie przy stole i systematycznie i naprzemiennie wprowadzają do swoich otworów gębowych kawały pączków i faworków (okazjonalnie pojawia się tam również racuch, ale tylko okazjonalnie). Niby nic pięknego, ale wnikliwy obserwator zauważy mgiełkę szczęścia unoszącą się nad stołem i wyczuje podwyższone stężenie serotoniny w mózgach pączkopochłaniaczy i/lub faworkożerców. Widoczek jest dowodem na to, że każdy kęs przenosi jedzących coraz głębiej i dalej w krainę szczęśliwości. Bezdyskusyjnie. Bezwzględnie.
Cukier nie tylko krzepi, również rozluźnia, głębi wypowiedziom przydaje, ludzi ku sobie zbliża. Wkurzak wydaje się być mniej wkurzający, Aylla- dowcipniejsza niż zwykle, inni goście- wyczekani i wytęsknieni (choć tak naprawdę, to pojawili się zupełnie niespodziewanie, wiedzeni zmysłem powonienia i jeszcze innym, niezbadanym przez naukę zmysłem, który podszeptywał im, że w tym lokalu panuje duże nagromadzenie pustych kalorii). Wszyscy zgromadzeni summa cum laude ukończyli kurs poprawnego celebrowania święta roboczego ‘Tłustym Czwartkiem’ zwanego i wiedzą, że tego dnia w dobrym tonie jest wepchnąć w siebie tyle smażonych słodkości, ile się da (czyli organizm pozwoli). I nie należy- ba, nie wolno- mieć przy tym wyrzutów sumienia. Trzeba bezwzględnie zapomnieć o diecie (jeśli się taką stosuje), liczeniu kalorii i kalkulacjach cholesterolowych. Odprężyć umysł i ciało i jeść nie dbając o konsekwencje. Takowych nie będzie, gdyż człowiek kontenty spala więcej i szybciej niż zahukany matematyk ze specjalnością w kaloriach i cholesterolu. Człowiek szczęśliwy mniej choruje.
Życzę wszystkim góry pączków i faworków na stole oraz dobrego humoru z obcowania z nimi płynącego. Wszystkiego smacznego *mlask, mlask*.
Tłusty Czwartek to jednodniowe pozwolenie ( z samej góry płynące) na obżarstwo, zasłodzenie się do stanu utraty zdrowego rozsądku (jeśli się taki uprzednio miało) oraz niebezpiecznego zbliżenia się go granicy pączkowo- faworkowego ześwinienia ( z całym, zasłużonym szacunkiem dla świnek). Słowem- łasuchowy raj na ziemi.
Ponieważ jest to dzień ważny i specjalny, należy się do niego szczególnie starannie przygotować. Przede wszystkim, zadbać o wiktuały. Czyli pączki i faworki (w porywach dopuszczalna jest obecność na stole racuchów, ale jako dodatek, nie danie główne). I nie wystarczą tutaj ‘jakieś’ paczki i ‘jakieś’ faworki- w obu przypadkach muszą być spełnione najwyższe normy konsumpcyjne. W przypadku pączków oznacza to bycie obficie napchanym konfiturą z róży; w przypadku faworków – bycie ‘chudziakiem’, czyli istotą łamliwą i chrupiącą, lekko oprószoną cukrem pudrem. Jednych i drugich musi być dużo- by spełnić warunki opisane w poprzednim akapicie.
Gdy powyższe kryteria zostaną skrzętnie wypełnione, można do świętowania przystąpić. Świętowanie jest wizualnie nieszczególnie przyjemne dla oglądającego- siedzą ludkowie przy stole i systematycznie i naprzemiennie wprowadzają do swoich otworów gębowych kawały pączków i faworków (okazjonalnie pojawia się tam również racuch, ale tylko okazjonalnie). Niby nic pięknego, ale wnikliwy obserwator zauważy mgiełkę szczęścia unoszącą się nad stołem i wyczuje podwyższone stężenie serotoniny w mózgach pączkopochłaniaczy i/lub faworkożerców. Widoczek jest dowodem na to, że każdy kęs przenosi jedzących coraz głębiej i dalej w krainę szczęśliwości. Bezdyskusyjnie. Bezwzględnie.
Cukier nie tylko krzepi, również rozluźnia, głębi wypowiedziom przydaje, ludzi ku sobie zbliża. Wkurzak wydaje się być mniej wkurzający, Aylla- dowcipniejsza niż zwykle, inni goście- wyczekani i wytęsknieni (choć tak naprawdę, to pojawili się zupełnie niespodziewanie, wiedzeni zmysłem powonienia i jeszcze innym, niezbadanym przez naukę zmysłem, który podszeptywał im, że w tym lokalu panuje duże nagromadzenie pustych kalorii). Wszyscy zgromadzeni summa cum laude ukończyli kurs poprawnego celebrowania święta roboczego ‘Tłustym Czwartkiem’ zwanego i wiedzą, że tego dnia w dobrym tonie jest wepchnąć w siebie tyle smażonych słodkości, ile się da (czyli organizm pozwoli). I nie należy- ba, nie wolno- mieć przy tym wyrzutów sumienia. Trzeba bezwzględnie zapomnieć o diecie (jeśli się taką stosuje), liczeniu kalorii i kalkulacjach cholesterolowych. Odprężyć umysł i ciało i jeść nie dbając o konsekwencje. Takowych nie będzie, gdyż człowiek kontenty spala więcej i szybciej niż zahukany matematyk ze specjalnością w kaloriach i cholesterolu. Człowiek szczęśliwy mniej choruje.
Życzę wszystkim góry pączków i faworków na stole oraz dobrego humoru z obcowania z nimi płynącego. Wszystkiego smacznego *mlask, mlask*.
wtorek, 1 marca 2011
53. No i pozamiatane!
Ledwo co skończyłam użalać się nad dolą mą marną mrozem spowodowaną oraz radością Wkurzaka wynikającą z jego dziwnych upodobań klimatyczno-meteorologicznych, a tu buch! Sprawiedliwość jakaś jednak na świecie jest i nie tylko smutek, ale również samozadowolenie przechodzi -jak pochód.
A przecież mówiłam bez przerwy, w kółko i wciąż, że to idiotyczne wlepianie gał w sople lodowe (stojąc z rozwianym wiatrem szalikiem i udając, że nie jest zimno, wcale nie) lub zupełnie niedojrzałe latanie z aparatem fotograficznym w (nieosłoniętej rękawiczką) ręce i do tego bez czapki, po to tylko, aby zrobić ‘zdjęcie portretowe’ płatkowi śniegu muszą, po prostu muszą, skończyć się tak:
Ale co ja tam wiem! Przecież wczoraj się urodziłam! I na życiu się nie znam! (W ogólnym rozrachunku to może i Wkurzak trochę racji ma, ale w tym konkretnym przypadku myli się tak głęboko, jak tylko Wkurzak mylić się może.)
No dobrze, to ja już całą prawdę powiem. Otóż, w głębi serca, nie Wkurzaka mi żal, lecz siebie samej. Jakiś czas temu opisywałam wątpliwe uroki wspólnego zamieszkiwania z Wkurzakiem schorowanym, stąd mój strach, że deja vu w powietrzu wisi. Ale szybko zrozumiałam, że tak się nie stanie. Nie może- gdyby Wkurzak zaległ w pościeli i chorowaniem się zajął, przyznałby, że miałam rację wieszcząc zasmarkane konsekwencje jego niefrasobliwych zachowań. A tego Wkurzak nie zrobi, żeby nie wiem co. Jego męska duma mu nie pozwoli, bo przecież aż tak się pomylić, to zupełnie nie w stylu Wkurzaka jest. (Jasne, Jego Wkurzakowatość to przecież tytan intelektu ze szczególną predylekcją do myślenia długofalowego i przewidywania skutków swoich zachowań na pięć ruchów do przodu. Pfffff)
Zamiast chorowania upierdliwego, Wkurzak raczy mnie więc zachowaniami należącymi do psychologicznej kategorii wypierania- krótko mówiąc, idzie w zaparte. Udaje, że jego nos wcale nie nadprodukuje śluzowego paskudztwa, a czerwoność kichawy to taki nowy ‘trynd wizażowy’. Aby swoje zdrowie udowodnić poza wszelką wątpliwość, ima się zajęć, których normalnie by się nie imał- zaprzyjaźnił się z proszkiem do prania, ponadto nakryłam go na lekturze instrukcji obsługi zmywarki. Nie powiem, żeby z wypiekami na twarzy czytał, ale widziałam, że ‘co ciekawsze’ fragmenty markerem zaznaczał. Wszystko po to, by udowodnić tezę do udowodnienia niemożliwą, a mianowicie prawdziwość zdania: „Nic mi nie jest, zdrów jestem na ciele.” Tere fere kuku.
Zapał neofity przez Wkurzaka personifikowany znajduję bardzo martwiącym. Każdy wie, że kłamstwo ma niedługie kończyny dolne, a przez to jest niezdolne do biegów długodystansowych. Tak więc, Wkurzak za długo w swoim udawactwie nie pociągnie. I co wtedy? Zmaganie się z chorującym ciałem Wkurzaka plus jego chorującą duszą (bo na moje, suma sumarum, wyszło) to wizja równie zachęcająca jak perspektywa objęcia posady lekarza rodzinnego w przychodni rejonowej w szczytowym okresie epidemii grypy. Ale nie zamierzam się tym zamartwiać już teraz- ja też mogę sobie coś od czasu do czasu wyprzeć!
A przecież mówiłam bez przerwy, w kółko i wciąż, że to idiotyczne wlepianie gał w sople lodowe (stojąc z rozwianym wiatrem szalikiem i udając, że nie jest zimno, wcale nie) lub zupełnie niedojrzałe latanie z aparatem fotograficznym w (nieosłoniętej rękawiczką) ręce i do tego bez czapki, po to tylko, aby zrobić ‘zdjęcie portretowe’ płatkowi śniegu muszą, po prostu muszą, skończyć się tak:
Ale co ja tam wiem! Przecież wczoraj się urodziłam! I na życiu się nie znam! (W ogólnym rozrachunku to może i Wkurzak trochę racji ma, ale w tym konkretnym przypadku myli się tak głęboko, jak tylko Wkurzak mylić się może.)
No dobrze, to ja już całą prawdę powiem. Otóż, w głębi serca, nie Wkurzaka mi żal, lecz siebie samej. Jakiś czas temu opisywałam wątpliwe uroki wspólnego zamieszkiwania z Wkurzakiem schorowanym, stąd mój strach, że deja vu w powietrzu wisi. Ale szybko zrozumiałam, że tak się nie stanie. Nie może- gdyby Wkurzak zaległ w pościeli i chorowaniem się zajął, przyznałby, że miałam rację wieszcząc zasmarkane konsekwencje jego niefrasobliwych zachowań. A tego Wkurzak nie zrobi, żeby nie wiem co. Jego męska duma mu nie pozwoli, bo przecież aż tak się pomylić, to zupełnie nie w stylu Wkurzaka jest. (Jasne, Jego Wkurzakowatość to przecież tytan intelektu ze szczególną predylekcją do myślenia długofalowego i przewidywania skutków swoich zachowań na pięć ruchów do przodu. Pfffff)
Zamiast chorowania upierdliwego, Wkurzak raczy mnie więc zachowaniami należącymi do psychologicznej kategorii wypierania- krótko mówiąc, idzie w zaparte. Udaje, że jego nos wcale nie nadprodukuje śluzowego paskudztwa, a czerwoność kichawy to taki nowy ‘trynd wizażowy’. Aby swoje zdrowie udowodnić poza wszelką wątpliwość, ima się zajęć, których normalnie by się nie imał- zaprzyjaźnił się z proszkiem do prania, ponadto nakryłam go na lekturze instrukcji obsługi zmywarki. Nie powiem, żeby z wypiekami na twarzy czytał, ale widziałam, że ‘co ciekawsze’ fragmenty markerem zaznaczał. Wszystko po to, by udowodnić tezę do udowodnienia niemożliwą, a mianowicie prawdziwość zdania: „Nic mi nie jest, zdrów jestem na ciele.” Tere fere kuku.
Zapał neofity przez Wkurzaka personifikowany znajduję bardzo martwiącym. Każdy wie, że kłamstwo ma niedługie kończyny dolne, a przez to jest niezdolne do biegów długodystansowych. Tak więc, Wkurzak za długo w swoim udawactwie nie pociągnie. I co wtedy? Zmaganie się z chorującym ciałem Wkurzaka plus jego chorującą duszą (bo na moje, suma sumarum, wyszło) to wizja równie zachęcająca jak perspektywa objęcia posady lekarza rodzinnego w przychodni rejonowej w szczytowym okresie epidemii grypy. Ale nie zamierzam się tym zamartwiać już teraz- ja też mogę sobie coś od czasu do czasu wyprzeć!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


