poniedziałek, 31 stycznia 2011

Kuchenna rewolucja

Po porażce kulinarnej opisanej w poniższym poście, postanowiłam znacznie zmodyfikować moje gastronomiczne dosssier. Będę trzymać się przepisów konkretnych, prostych i sprawdzonych. Na przykład takich:

"Zakrapiany kurczak"

Kurczaka bardzo starannie umytego, układamy na dnie naczynia, najlepiej szklanego. Dodajemy goździki i cynamon, skrapiamy cytryną.Tak przygotowanego kurczaka zalewamy szklanką wina czerwonego, dodając 100 g ginu, 100 g koniaku, 200 g Smirnoffa oraz rum do smaku.

Potrawy nie musimy poddawać obróbce cieplnej. Kurczaka możliwie jak najszybciej wywalamy, bo nie jest nam do niczego potrzebny. Natomiast sos! Sos! Paluszki lizać! Smiley
P.S. Kurczak musi być martwy, bo inaczej bydle sos wychłepce!

P.P.S. Wspomaganie pracy mózgu
Horda bawołów posuwa się tak szybko, jak najwolniejszy ze stada, zaś w przypadku polowania na stado to właśnie najwolniejsi i najsłabsi zostają wybici najszybciej. Ta naturalna selekcja jest w gruncie rzeczy pozytywna dla stada, bo pozwala na polepszenie zdrowia i szybkości ogółu poprzez regularną eliminację najsłabszych członków.

Mniej więcej w taki sam sposób, mózg ludzki jest tak szybki, jak najwolniejsza jego komórka. Nadmierne spożycie alkoholu - jak wszyscy wiedzą - niszczy neurony, ale w pierwszym rzędzie te najsłabsze i najwolniejsze. Tak więc regularne spożywanie C2H5OH pozwala, poprzez eliminacje słabszych szarych komórek, na uczynienie z mózgu szybciej i sprawniej działającego narzędzia.

P.P.P.S.Jeżeli znacie inne przepisy (proste, sprawdzone i 'zwalające z nóg'), proszę podzielcie się- chętnie wypróbuję.
Smiley

niedziela, 30 stycznia 2011

45. Mądrość Szwejka

Za oknem piękny zimowy dzień -słoneczko hojnie obdarowuje nas swoim blaskiem, mini sopelki lodu skrzą się wesolutko na gałęziach, jeszcze niezadeptany śnieg skrzy się radośnie. Jednym zdaniem bajkowy krajobraz z domieszką niewielkiej dawki mrozu. A ja, zamiast spacerować i uroki zimy wchłaniać każdym porem ciała, mierzę się z materią żywnościową, próbując sklecić z niej jakiś akceptowalny posiłek.

Talentu do garów nie miałam, nie mam i pewnie mieć nie będę. Mam za to zupełnie irracjonalne poczucie, że- przynajmniej od czasu do czasu- powinnam zabłysnąć kulinarnie, albo przynajmniej spróbować. Zwykle kończy się na ‘spróbować’.

Tak więc, stoję ci ja przy bufecie w kuchni. Wokół mnie zielenieją, czerwienieją i żółcą się przeróżne wiktuały czekające na obróbkę termiczną. Przede mną, biała kartka, cała zadrukowana wskazówkami jak rzeczone składniki na danie śliczniutkie- pyszniutkie przerobić. Czytam przepis. Sprawdzam, czy wszystko, co potrzebne znajduje się na bufecie. Upewniwszy się, że tak, czytam przepis ponownie. Siadam do komputera i sprawdzam znaczenie słów, których znaczenia nie rozumiem ( na przykład: ‘flambirowanie” albo inne ‘blanszowanie’). Wracam do kuchni, rzucam okiem na przepis. Niesłychane! Jakoś się wydłużył i jeszcze bardziej zawiły się zrobił od czasu, gdy go ostatni raz widziałam! Ale nic to, czytam jeszcze raz. Tym razem teoria idzie w parze z praktyką. Robię, co każą i jak każą. Nie ma zmiłuj- jak jest napisane, żeby podsmażać 5 minut, tyle właśnie podsmażam, ani sekundy dłużej lub krócej. Z chirurgiczną dokładnością odmierzam inne składniki. Flambiruję z takim zapałem, że niemal chałupę z dymem puszczam. (Dla ukojenia nerwów, resztę alkoholu wypijam). Niosę przygotowaną potrawę na stół, przy którym zdążył się już wygodnie rozsiąść Wkurzak.

WKURZAK
(przypatruje się mojemu dziełu ze wszystkich stron, wreszcie ryzykuje zapytanie)
Kurczak?

JA
Nie, wołowina.

WKURZAK
(ogląda jeszcze raz, wącha, smakuje; lico rozjaśnia mu uśmiech)
No, rzeczywiście! A wygląda jak kurczak.

Obserwuję Wkurzaka z rozmachem pałaszującego wszystko, co ma w zasięgu wzroku. (Teoretycznie, można by to uznać za komplement dla gotującej, ale ja wiem, że Wkurzak jest absolutnie wszystkożerny i pochłonąłby z równym zapałem kurczaka, jak i rybę, no może z wyjątkiem, gdyby żywa była i mu z talerza uciekła). Od czasu do czasu podnosi wzrok znad talerza i przesyła mi zawadiackie mrugnięcie- Wkurzakowy sposób wyrażenia ukontentowania. Miły stwór z tego Wkurzaka.

Ja też szturcham nożem kawałek mięsa spoczywający na moim nakryciu. Po spędzeniu stulecia w kuchni w celu nadania mu obecnego kształtu nie mam już specjalnej ochoty go jeść, ale się zmuszam. Może być, ale bez fajerwerków. ( W przepisie było napisane, że doznam kulinarnego orgazmu podczas konsumpcji. Nie doznałam.)

Jak to możliwe? Przecież religijnie trzymałam się receptury, niczego nie zaniedbałam, niczego nie podmieniłam, wszystko zrobiłam ‘według rozkazu’… I pewnie tu był mój błąd.Należało puścić wodze kulinarnej fantazji i dodać coś od siebie, wycisnąć na potrawie swoje własne piętno. No tak, ale najpierw trzeba ową kulinarną fantazję mieć.

Po głębszym przeanalizowaniu sytuacji, dochodzę do wniosku, że Szwejk miał absolutną rację twierdząc, że brak inteligencji w życiu można jakoś ukryć, ale w kuchni niedostatek ów od razu wyłazi. Trudno, muszę nauczyć się z tym żyć.

piątek, 28 stycznia 2011

Tuwim dla zuchwałych

"Kolejność rzeczy"
1. sentyment
2. temperament
3. moment
4. lament
5. aliment

twórczo rozwinięta natchnionym piórem Juliana Tuwima ukaże się oczom odważnych, którzy nie ulękną się kliknąć na zakładkę "Kącik poetycki".

środa, 26 stycznia 2011

44. Podsłuchaniec

Dziś dane mi było podróżować środkiem komunikacji publicznej w postaci autobusu miejskiego linii nieistotnej. Wsiadłam do rzeczonego środka transportu z mieszanymi uczuciami, gdyż wcześniej odbyłam wizytę w dużej i dobrze zaopatrzonej księgarni, gdzie jednorazowo wydałam dochody moje, moich dzieci i dzieci moich dzieci. Obładowana różnorakimi dobrami należącymi do sfery kultury wysokiej oraz ciężkimi wyrzutami sumienia związanymi z faktem pozbawienia rodziny środków do życia przez czas bliżej nieokreślony, wtarabaniłam się do wnętrza autobusu. Chętnych na podróż nie było zbyt wielu- wszyscy ‘normalni’ obywatele przebywali jeszcze w miejscach zarobkowania- usadowiłam się więc wygodnie gdzieś w połowie wehikułu i wyjęłam z torby jedną z wielu zakupionych wcześniej książek. Chciałam delektować się jej dotykiem i zapachem świeżego druku, oglądając okładkę próbowałam domyśleć się tajemnic, które skrywa jej wnętrze. Już, już miałam zacząć ją kartkować, gdy z tyłu pojazdu dobiegł mnie dźwięk dzwoniącego telefonu komórkowego.

Fakt, że w autobusie miejskim dzwoni komuś telefon nie należy do zjawisk niezwykłych, więc na początku nie zwróciłam na to większej uwagi, zwłaszcza, że właściciel telefonu szybko połączenie odebrał. Jednakże, w miarę upływu czasu półrozmowa, którą odbywał stawała się coraz bardziej interesująca. (Piszę ‘półrozmowa’, gdyż nie dane było mi słyszeć tego, co mówił dzwoniący, jedynie reakcje odbierającego).

Zaczęło się całkiem nieciekawie i grzecznie: głównie odpowiedzi typu” tak, nie, możliwe”. Z upływem sekund adresat połączenia stawał się coraz bardziej zirytowany, aż w końcu zastosował znany patent ‘komentarzy utajnionych’ (czytaj: niewygłaszanych bezpośrednio do mikrofonu, ale chyba słyszalnych dla dzwoniącego. Dla mnie, w każdym razie słyszalnych.) Szło to mniej więcej tak:

Dzwoniący: …………………..
Odbierający: Może warto to jeszcze raz sprawdzić.
‘Komentarz utajniony’: K****, całe życie z debilami….

Dzwoniący: …………………..
Odbierający: No to spróbuj wprowadzić dane jeszcze raz.
‘Komentarz utajniony’: Ch** mnie zaraz strzeli!

Dzwoniący: …………………..
Odbierający: Tylko nie to! Zawiesisz cały serwer!
‘Komentarz utajniony’: Ja pier****, co za popaprańce tam siedzą!

Dzwoniący: …………………..
Odbierający: Już lepiej nic nie rób, ja tam zaraz przyjadę.
‘Komentarz utajniony’: Żeby Was poje****, obesrańce!

Dalszej części tej kwiecistej półkonwersacji nie znam, gdyż autobus dojechał do mojego przystanku i wysiadłam. Z jednej strony szkoda, bo nigdy się nie dowiem jak się ta elegancka rozmowa dalej potoczyła. Z drugiej strony, to, co słyszałam wystarczyło, aby upewnić mnie w przekonaniu, że pieniądze, które wcześniej wydałam nie zostały wyrzucone w błoto. Bo nic tak nie wzbogaca (szeroko rozumianego) słownictwa, jak lektura książek!

niedziela, 23 stycznia 2011

43. Choroba chorobie nierówna

Zdanie w tytule to ‘oczywista oczywistość’, jeżeli zaczniemy porównywać choroby różne. Pewnie, że lepiej mieć naderwany paznokieć u małego palca u nogi niż malarię. Ale ja nie o tym. Powaga, niebezpieczeństwo powikłań w postaci stałego uszczerbku na zdrowiu oraz ostrość przebiegu stanu patologicznego zależą przede wszystkim od płci osoby chorującej.

WKURZAK
                                        (w pościeli, wyraz twarzy zbolały, głos przyciszony,
                                                                 smutek z oczu wyziera)

                                                                        Pić mi się chce!

JA
                                         (wyraz twarzy zbolały, głos sykliwy, złość z oczu wyziera)

Szklanka soku (świeżo wyciśniętego) znajduje się po prawej stronie, w odległości ok. 40 cm od twojej ręki.


WKURZAK
                                                                       (urażonym tonem)

Ten sok stoi tu już dwie godziny, więc termin przydatności do spożycia mu minął. Poza tym, osoba niedomagająca powinna pić soki warzywne, a ten jest pomarańczowy.

JA
                                                    …….. (milcząc wychodzę z sypialni)


Kwadrans później

WKURZAK
                                                                   (wrzeszczy na cały głos)

Doczekam się wreszcie? Już dziesięć minut temu powinienem lekarstwo wziąć, a nie mam czym popić! Gardło mam w płomieniach, głowa mi pęka, katar mnie zalewa, a zrozumienia i współczucia znikąd!


JA
                                                     (wpadam do sypialni jak samobój do bramki)

Wkurzak, gardło to Cię boli, bo wrzeszczysz jak ogniem przypiekany! A głowa to Ci pęka od użalania się nad sobą! A lek? Jaki lek- przecież Ty witaminę ‘C’ łykasz!!! Wierz mi, Twój zbolały i cierpiący (na hipochondrię) organizm wybaczy Ci dziesięciominutowe opóźnienie! Czy tyle zrozumienia wystarczy?


WKURZAK

……… (milcząc odwraca twarz w stronę okna, tęsknym wzrokiem omiata przyprószone śniegiem drzewa)

Uznaję sprawę za chwilowo załatwioną i wracam do swoich zajęć. Próbuję skupić się na czytanym tekście, ignoruję złowieszcze drapanie w gardle i kręcenie w nosie. „To nic, zaraz przejdzie”- wmawiam sobie, po raz trzeci czytając ten sam akapit bez zrozumienia.

Ze stanu pseudohibernacji wyrywa mnie dźwięk telefonu. W słuchawce słyszę dziwnie przyciszony głos Wkurzaka. (Sprytne, nie mogę już mu zarzucić, że się pruje jak całkiem zdrowy człek). Z uporem domaga się soku warzywnego- pomarańczowy już wypił próbując połknąć witaminę. Niestety, ta ogromna pastyla utkwiła mu gdzieś między zwieraczem górnym przełyku a tchawicą, co w niekorzystny sposób wpływa na jego proces respiracji.

Postanawiam się ubrać i wyskoczyć do apteki i sklepu. (Nie, nie znaczy to wcale, że uwierzyłam w te głodne kawałki, które mi Wkurzak przez telefon wciskał. Wiem, że się nie dusi, ale doceniam kreatywność podejścia.) Kupię sobie coś na bolące gardło i inne oznaki nadciągającego przeziębienia, a przy okazji nabędę sok warzywny dla Wkurzaka. Po powrocie połknę pigułkę, nakarmię i napoję Wkurzaka, doczytam tekst, połknę następną pigułkę… Jutro rano będę jak nowa...
‘Słaba płeć, a jednak najsilniejsza….’

sobota, 22 stycznia 2011

Subtelna aluzja? A gdzie tam!

Widzę, że wielu nowych ludziaków się po blogu kręci, ale komentarza to nikt z tych nowych przybyszów zostawić nie raczy! Smiley Zakrzyknę więc za Cyceronem: ”O tempora, o mores!” (dodając od siebie wyraz twarzy tak wykrzywiony, że strach się bać, normalnie.)
A gdyby to subtelne odwołanie do antyku na Was wrażenia nie zrobiło, pójdę ścieżką wymuszenia i szantażu, odnosząc się do pierwotnego instynktu obrony misia pluszowego, zawsze kochanego.
Słodziutki obrazeczek, prawda?


A teraz ten sam obrazeczek, lekko zmodyfikowany, aby grozę sytuacji oddać.

Zostaw mi komentarz, albo misiaczek przejdzie do historii!


 Do pióra klawiatury ludziaku! Inaczej będziesz mieć krew misiaka na rękach!!
Smiley


Jeżeli coś tak szpetnego i okrutnego do tej pory milczących gości do komentowania nie nakłoni, to już sama nie wiem, co może to sprawić! Smiley