sobota, 5 lutego 2011

46. Wspomnień czar (część 1)

Starzeję się. Coraz częściej myślę o tym, co było, coraz mniej czasu spędzam snując nierealne plany na przyszłość. Nie ma co, wiek starczy kładzie swoje lodowate łapy na mojej szyi i z dnia na dzień coraz mocniej je zaciska. Smutne, ale nieuniknione.

Czy bycie jowialną staruszką ma jakieś dobre strony? Otóż ma! Można, na przykład, zanudzać czytelników opowieściami ze swej zamierzchłej młodości. Tak też zrobię.

Tato mojego kolegi z licealnej klasy dyrektorował w ZOO w moim mieście. Bardzo ciekawa fucha- jak się zarządza przedsiębiorstwem, w którym jest więcej ‘animalia’ niż ‘homo sapiens’? I gdzie tego uczą? Nie wiem, ale wiem, że dla nas (mojej klasy) miejsce zarobkowania taty kolegi było jak manna z nieba- zapewniało dużą ilość ‘zajęć terenowych’ podczas lekcji biologii oraz możliwość oglądania zwierząt z perspektywy dostępnej jedynie niewielkiej grupie ich opiekunów. A było co oglądać, zwłaszcza, gdy w ZOO pojawiały się młode jakiegoś gatunku. Maluszki ( z wyjątkiem stworów pająkowatych i insektopodobnych) są zawsze słodkie, nawet jeżeli później wyrastają na jaszczury czy inne paskudy. A jak owe maluszki należą jeszcze do gatunku Panthera Leo (po naszemu: lew), to mówimy o słodkości do potęgi entej. Nic dziwnego, że gdy pojawiła się możliwość zajmowania się tymi cudami natury przez kilka godzin dziennie (pani lwica kociaki powiła, ale chęci do opieki nad nimi nie miała za grosz), jako pierwsza podniosłam rękę do góry, zgłaszając się na ochotnika do pełnienia zaszczytnego obowiązku opiekunki lwów.

Czy można sobie wyobrazić bardziej olśniewające zajęcie niż opiekunka lwów? Okazuje się, że można i to bez zbyt wielkiego wysiłku dla wyobraźni. Rzeczywistość wyglądała bardziej niż prozaicznie, w tej robocie nie było żadnej magii. Był wysiłek, pot i krew. No, ale jak się powiedziało 'A'.....

Małe lwy trzeba karmić butelką specjalnej mieszanki mlecznej co 3 godziny. Potem należy im wymasować brzuszki, żeby sprawnie trawiły. Następnie posprzątać efekty sprawnego trawienia, bawić się z królami sawanny, aż zasną. Po krótkiej drzemce (lwów, nie opiekunów), ponownie nakarmić, wymasować, posprzątać. I tak w koło Macieju, dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Zdecydowanie najlepszą częścią tego kołowrotu była zabawa z lewkami. Przez zabawę należy rozumieć bycie totalnie poniewieranym, podgryzanym, drapanym, a bywało, że i obsikanym przez ruchliwą, żółtą kulkę mięśni i futra. Sama radość, wbrew pozorom dla obu stron. Mój podopieczny uwielbiał być noszonym na rękach (ach, te królewskie fanaberie!), więc nazwałam go „Wasza Wysokość”. Kiedy tylko zaczynał wspinać się po mojej nodze, brałam go na ręce i pokazywałam mu, jak wygląda świat z tej perspektywy. Wasza Wysokość przyglądał się wszystkiemu i wszystkim bardzo uważnie, jego nosek zachłannie wciągał zapachy, a uszy nie przepuściły żadnego dźwięku. Na pyszczku malowało się zadowolenie. Po pewnym czasie słodko zasypiał.

Pewnego razu pokazywałam Waszej Wysokości świat na górze, gdy do naszych uszu dobiegł hałas tak potężny, że niemal ogłuszający. Myślę, że gdzieś w lwiarni zatrzasnęły się z impetem masywne, metalowe drzwi. I człeki i zwierzaki mocno się przestraszyły- ja wręcz podskoczyłam, a Wasza Wysokość- by zapobiec gruchnięciu o podłogę- wbił mi pazury w ramię. Poczułam, że lwie szpony kroją mi ciało powyżej obojczyka jak ciepły nóż tort. Po kilku sekundach ramię zalała mi fala ciepła. Odczepiając od niego łapę lwa, zauważyłam na T-shircie szkarłatny krąg.

Udało mi się postawić Waszą Wysokość na podłodze, musiałam na jakiś czas pozostawić go swojemu losowi. Przeprowadziłam szybki ogląd sytuacji-nie czułam specjalnego bólu, ale szkarłatny krąg na bluzce systematycznie się powiększał. Wtedy podszedł do mnie jeden z pracowników lwiarni, rzucił okiem na moje ramię i zawyrokował, że potrzebny jest lekarz. Nie protestowałam, gdyż moją uwagę zwróciło dość dziwne zachowanie dorosłych lwów.

Do tego czasu zarówno lwice, których ‘pokoje’ znajdowały się po lewej stronie pomieszczenia dla maluchów, jak i lew- zamieszkujący po prawicy, nie zwracały żadnej uwagi na to, co się tam działo. Matka lwiątek i jej koleżanki miały w głębokim poważaniu to, co ludzie robili z młodymi, a ‘tatuś’ w jeszcze głębszym. Małe też nie zbliżały się do masywnych krat, za którymi były osobniki dorosłe- instynktownie czuły, że nie byłyby tam bezpieczne. Gruba, żółta linia namalowana na kamiennej podłodze, która oznaczała: „Dalej ani kroku!” działała i na ludzi i na lewki.

Prawdę mówiąc, zupełnie zapomniałam, że te ogromne koty były tam przez cały czas. Zajmowały się głównie spaniem i ignorowaniem wszystkiego wokół, rzadko wydały z siebie jakieś dźwięki- jeśli już, było to mlaśnięcia albo ziewnięcia. Aż do tamtego dnia.

Cdn.

6 komentarzy:

Aryel1 pisze...

Kiedy będę mogła kupić Twoją książkę? Będę pierwsza w kolejce po autograf:)

Aylla pisze...

Moją książkę? Wow, to by było coś! *rozmarza się*
Niestety, jestem trochę za bardzo niepełnosprytna, aby się na coś podobnego zamierzyć. *zasmuca się*
Ale za komplement dziękuję. :)

Aryel1 pisze...

O blogowaniu mówiłaś podobnie więc cierpliwie czekam:)

Becia pisze...

Cóż za piękna i zarazem mrożąca krew w żyłach opowieść!?!?!CZekam na ciąg dalszy!!!

Aylla pisze...

@Aryel - nie naciskaj, bo się zamknę w sobie i blokady jakiejś dostanę. Czy cós w tem stylu.

@Becia- c.d. już wkrótce.

Amber7 pisze...

Ja ta historie juz raz slyszalam, ale rowniez nie moge sie doczekac dalszego ciagu, fajnie sie ja czyta :)